Teologia zwierząt jest refleksją teologiczną nad rolą zwierząt w planie zbawienia. A jako że teologia w ogólności opiera się na relacji Boga ze stworzeniem, powinna być pełnoprawną dziedziną teologiczną. Powinna. Ale nie jest. Należałoby wręcz powiedzieć, niestety, że teologia zwierząt nie istnieje. Ale, jeśli nie rozumie się teologii zbyt wąsko, ale włącza się w jej nurt różne ludzkie myśli i dążenia (a myśli dotyczące zwierząt czy całości stworzenia w relacji do Boga nieobce były wielu świętym, a także świętym-uczonym) to można uznać, że istnieje, choć na pewno nie sformalizowana i akademicka, gdyż jak powiedziano, działy teologii, które najwięcej mogłyby na ten temat powiedzieć, przede wszystkim teologia dogmatyczna czy teologia moralna, niemal milczą o zwierzętach.

Mimo to, w tym artykule postaram się ukazać – zgodne, mam nadzieję, z Objawieniem i metafizyką chrześcijańską – zręby teologii zwierząt, opierając się na myśli świętego Tomasza z Akwinu i anglikańskiego teologa Andrew Linzeya. To połączenie może wydawać się na początku bardzo egzotyczne, ale według mnie postaci te w tajemniczy sposób uzupełniają się wzajemnie.

Zacznę jednak od podstawowych kwestii: dlaczego w ogóle dziś teologia milczy o zwierzętach, oraz dlaczego nie powinna milczeć.

  1. Dlaczego teologia milczy o zwierzętach

             Teologia przez wieki mówiła – jeśli chodzi o stworzenia –  tylko o człowieku. O tym kim jest; dlaczego Słowo wcieliło się i stało się naprawdę – i w pełni – człowiekiem; o tym jak człowiek może oddawać cześć Stwórcy, którego obraz i podobieństwo w sobie nosi; o tym, jak ród ludzki objęty jest Bożym planem zbawczym; o tym, jak człowiek ma traktować drugiego człowieka; i o wielu, wielu, innych istotnych, ale dotyczących tylko człowieka i jego relacji do Boga rzeczach. Kwestie te niestety jednak miały również charakter wykluczający – np. mówiło się i mówi często, że tylko człowiek nosi podobieństwo do Boga; że tylko ludzkość objęta jest planem zbawczym (a zdania, że nasz „Azorek” jest zbawiony traktowane są jako żarty, albo infantylizowanie wiary); że cnoty realizują się tylko w relacjach międzyludzkich…

W starożytności, w epoce Ojców Kościoła temat ten (choć rzadko konkretnie temat zwierząt) częściej był poruszany w kontekście zbawienia, które dotyczy całej rzeczywistości, jednak już tutaj, rzadko powodowało to jakieś praktyczne myśli o zwierzętach, czy podejściu do nich, nie licząc ascetycznych dążeń, które skutkowały prawie zawsze wegetariańską dietą. Jednak niewiele to miało wspólnego z motywacją miłości do zwierząt – po prostu była to dyscyplina, opanowanie swoich namiętności, odwrócenie się od tego co niskie, a więc od materii, pokarmów, do tego, co duchowe. Takie zresztą podejście, które ukazywało materię, jako to, co gorsze, przygniatające, w przeciwieństwie do uwznioślającego ducha (pogląd mający swe główne źródło u gnostyków) – silnie zatruwało chrześcijańską duchowość przez wieki i przyczyniło się zapewne także do pogardy wobec zwierząt, które według niektórych chrześcijan są tylko ciałem pozbawionym duszy. Później wprawdzie uważano, że i one posiadają duszę, ale jej typ jest tak niski, tak nierozumny, że niewiele to zmieniało w statusie ontologicznym zwierząt).

W późniejszych okresach temat zwierząt coraz bardziej niknął, dokonując żywota gdzieś na peryferiach teologii Kościoła. Brało się to nie tyle z zaniedbania, co z wielkiego zaangażowania myślicieli chrześcijańskich w dwa wielkie, kluczowe tematy chrześcijaństwa: chrystologię i trynitologię. Mówiono więc o naturach boskiej i ludzkiej Chrystusa, Jego wcieleniu, odkupieniu i zbawieniu; mówiono o tym, jak Bóg istnieje sam w sobie – w Trójcy świętej. Niestety, skutkiem ubocznym skupienia się na tych dwóch doniosłych tematach było zaniedbanie refleksji nad całym pozaludzkim stworzeniem: jego roli, jego wymagań wobec człowieka, jego losu i celu, w który włączył go Bóg, który jest Stworzycielem.

Stworzenie stało się tłem. Sceną. Rzeczą. Czymś, co jest pod nami, po czym chodzimy (albo raczej co deptamy), z czym nie mamy relacji, którą posiadamy jedynie z osobami – ludzkimi i boskimi. Podejście do całości stworzenia stało się zdecydowanie antropocentryczne. Nie uważam, aby była to szczególna cecha chrześcijaństwa, bo jeśli spojrzymy na inne kultury, to są równie, albo nawet i mocniej antropocentryczne, ale niestety w pewnym sensie zdradziło ono stworzenie pozaludzkie wyłączając je ze sfery teologicznej, etycznej czy duchowej. Zaś chrześcijaństwo niesie, moim zdaniem, tak wielki ładunek teologiczny, oparty na idei Boga Stworzyciela i Słowa, przez które wszystko się stało (por. J 1,3), i staje, że ponosi szczególną odpowiedzialność za antropocentryzm, który rozpanoszył się w świecie. Antropocentryzm, który tak podkreślał różnice między ludźmi a innymi zwierzętami, że w końcu znaczenie tych drugich zmalało do tego stopnia, że dziś tylko ludzie mają prawa, godność, a ze zwierzętami można robić, w praktyce, wszystko.

Godność osoby ludzkiej w ogóle jest interesującym pojęciem. Słusznym, zgodnie z myślą teologiczną, ale co z godnością zwierzęcia? Czy też ma niezbywalną godność? W teorii – nie. W praktyce, kiedy patrzy się na tysiące rzeźni i hal produkcyjnych, gdzie zwierzęta pędzą krótkie, stresujące, bolesne i krótkie życie, tym bardziej zwierzęta nie mają godności. I niestety to także my, zachodni świat chrześcijański[1],  je z niej odarliśmy. Niczym tysiące norek i lisów z futra.

A dlaczego dziś nikt nie interesuje się tym tematem w Kościele? Przyczyn jest zapewne wiele. Jedną z nich jest to, że kwestia zwierząt, szczególnie sprawa praw zwierząt, zagarnięta została przez myślicieli i organizacje lewicowe[2], które często nie ukrywają także swojej niechęci do Kościoła, czy w ogóle religii. W Kościele te kwestie kojarzą się wiernym jako sprawa „eko-oszołomów”, antyklerykałów, „lewaków”, jako część składowa lewicowego światopoglądu. Wcześniej podobnie było ze sprawą ekologii. Tu przełomową okazała się tzw. zielona encyklika Ojca świętego Franciszka – Laudato Si’, której oddziaływanie jest jednak dość powolne (w Polsce promuje ją Ruch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu o. Stanisława Jaromiego). Encyklika otwarła Kościół na ekologię w pełni tego słowa znaczeniu. Wcześniej mieliśmy wprawdzie wiele ekologicznych wypowiedzi papieży, ale były to jedynie pewne sygnały, krótkie myśli na marginesie innych spraw. Myślę, że Laudato si’ pomoże też w kwestii teologii zwierząt – choć w encyklice nie ma o tym dosłownie mowy. Dlaczego? Trudno powiedzieć.  Jednak Franciszek zaznacza, że relacje etyczne dotyczą nie tylko międzyludzkich stosunków, ale także naszego działania wobec stworzenia[3]. Daje to jakąś nadzieję na nowe otwarcie.

Przyczyn milczenia teologii o zwierzętach jest na pewno jeszcze więcej, ale przyczyny te jeszcze nie zostały dobrze zbadane.

 

  1. Dlaczego teologia nie powinna milczeć o zwierzętach

             Nie powinna z dwóch powodów. Jeden ma charakter dogmatyczny, a więc dotyczący prawd wiary chrześcijańskiej, drugi wynika zeń i ma charakter etyczny.

Pierwszy powód jest znany dobrze wszystkim, którzy uczestniczą choć co jakiś czas we Mszy świętej. Powtarzamy zawsze, czasem chyba bezrefleksyjnie: Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi. Wierzymy w Stworzyciela całej rzeczywistości – od świata aniołów, przez ludzi, galaktyki, planety, zwierzęta, rośliny, pierwiastki, neutrony… Bóg chrześcijański jest Bogiem bliskim stworzeniu, jest od niego zupełnie inny, ale jednocześnie bardzo mu bliski. W każdym fragmencie stworzenia czeka na nas Boże objawienie[4], które domaga się od nas odpowiedzi. A odpowiedź ta nie powinna być niczym innym, jak zadziwieniem[5], z którego wynikają troska i doglądanie tego, co stworzone[6].

Bóg Ojciec Stworzyciel. Ale to nie koniec, swój udział w stworzeniu mają także Duch Święty i Syn Boży, prawda ta ma wszak charakter trynitarny. Duch Święty jest Ożywicielem, jest On zasadą stworzenia, jak pisał już święty Tomasz z Akwinu[7], argumentując biblijnie (J 6,64; Ez 37,6) i filozoficznie (przyczyna ruchu w stworzeniu). Duch Święty więc jest w każdym zwierzęciu, które chodzi po tej ziemi; i to jest tego zwierzęcia zasadą. Słyszymy często o Duchu Świętym, że jest Ożywicielem, jest Tym, który napełnia ciała duszami, które je „uruchamia”, który je obdarza tchnieniem, którym sam jest, ale bardzo rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, jakie ma to konsekwencje i jak ważną rolę pełni w dziele stworzenia. I w końcu, Syn Boży, w którym wszystko się stało. Święty Atanazy Aleksandryjski nazywa Chrystusa Zbawcą Wszechświata. Dziś kiedy mówimy o Zbawicielu, myślimy tylko o zbawieniu ludzi. Tymczasem Chrystus przecież zbawia cały kosmos! I prawda ta nie jest marginalna, bo Słowo jest Słowem, w którym wszystko ma swoje istnienie, w którym wszystko się porusza (por. Dz 17,28). I Słowo jest Tym, który przez krew swoją dokonuje pojednania całego stworzenia – Zechciał bowiem Bóg, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego pojednać znowu wszystko z sobą: przez Niego – i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża (Kol 1,19-20). Wielki Ojciec Kościoła, biskup Lyonu, św. Ireneusz pisze: „Oto jest nasz Pan, który w ostatnich czasach stał się człowiekiem, żyjącym na tym świecie, i który w niewidzialny sposób zawiera w sobie wszystkie stworzone rzeczy, i istnieje w całości stworzenia, gdyż Słowo panuje i urządza wszelkie stworzenie. Przyszedł On zatem do swego, w widzialnej postaci, stał się ciałem i zawisł na drzewie, aby móc w sobie zawrzeć wszystko”[8]. Genialnie ten trynitarny charakter stworzenia opisuje św. Atanazy Aleksandryjski: „Gdy Słowo nawiedziło świętą Marię Dziewicę, Duch przyszedł do niej wraz z nim, a Słowo w Duchu ukształtowało ciało i poddało je sobie chcąc przez siebie połączyć i oddać całe stworzenie Ojcu, i, zaprowadziwszy pokój, pogodzić w sobie wszystkie rzeczy na niebie i ziemi”[9].

            Pierwszy argument dotyczy więc dzieła stworzenia. A także połączonego z nim organicznie zbawienia. O tym w jaki sposób obecny jest w stworzeniach Bóg nieco dalej.

Drugi argument wynika z pierwszego, jest jego etyczną konsekwencją. Jeśli coś istnieje, jest stworzone po to, mówiąc prosto, by było. Jak pisze autor Księgi Mądrości: „Bo śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było, i byty tego świata niosą zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania otchłani na tej ziemi” (Mdr 1,13-14).  By samym swoim istnieniem chwaliło swojego Stwórcę, najwyższego Artystę, który jako jedyny umie tworzyć wszystko z niczego. Biorąc pod uwagę to, że każde zwierzę jest przez Boga chciane, kochane, obdarzane tchnieniem Ducha Świętego, że każde stworzenie jest stworzone i stwarzane cały czas, aktualnie, w (podkreślam – w!) Chrystusie, jest jasne, że nasza relacja do tych stworzeń powinna być pełna troski, a przerwanie istnienia jakiegoś innego bytu powinno mieć miejsce tylko w bardzo dobrze uzasadnionym, koniecznym przypadku. Wielki filozof i altruista Albert Schweitzer znany był z tego, że z szacunkiem traktował nawet dżdżownice, czy owady – bowiem każda forma życia przez sam fakt istnienia jest już jakąś świętością; a „etyka to odpowiedzialność bez ograniczeń wobec wszystkiego, co żyje”[10]. Powinniśmy też pamiętać, nawiązując do pierwszego argumentu, że zasadą stworzenia jest Duch Święty, a nie nasza samowola i chęć wykorzystania jakiegoś bytu do swoich celów.

Podsumowując, argument ze stworzenia (i zbawienia) dotyczy teologii dogmatycznej, argument etyczny dotyczy teologii moralnej. W większości podręczników teologii moralnej nie ma jednak praktycznie żadnych wzmianek o zwierzętach, z reguły tylko ogólne stwierdzenia o stworzeniu, które trzeba szanować.

 

  1. Metafizyka chrześcijańska a zwierzęta

             Podstawą rozważań będzie tutaj myśl świętego Tomasza z Akwinu. Dlaczego? Dlatego, że przez wielu jest on oskarżany o to, że właśnie przez niego chrześcijaństwo przez wieki wypracowało model relacji człowiek-zwierzę, w którym zwierzęta są uważane za gorsze, nie mające praw, stworzone praktycznie tylko dla zaspokojenia ludzkich potrzeb. I o ile w pewnych miejscach myśl Tomasza może tak brzmieć[11], to uważam, że jego metafizyka, opis stworzenia i tego, jak Bóg obecny jest w stworzeniu, prowadzić powinny do zgoła innych wniosków. Nie będzie to oczywiście pełne spojrzenie na jego myśl, ale przedstawię jej reprezentatywny, jak myślę, fragment na podstawie Summa contra gentiles (tzw. Summa filozoficzna, drugie największe, obok Summy teologicznej dzieło Akwinaty).

Zacznijmy od tego, po co w ogóle jest stworzenie?[12]. Czy Bóg stworzył wszystko z nudów? Albo ze zwykłej zachcianki? Żeby nie być sam? Oczywiście, że nie. Bóg jest Stwórcą po to, by więcej bytów miało udział w dobroci Bożej[13]. Oczywiście nie potrzebuje On stworzenia, i nie staje się przez nie bardziej pełny, choć Tomasz jest bliski przyznaniu, że Bóg w jakiś sposób się „powiększa” przez dzieło stworzenia: „Otóż Bóg chce swojej istoty i kocha ją dla niej samej, ona zaś nie może sama przez się wzrastać ani powiększać (…), lecz może „się powiększać” tylko z racji tego, że jest wzorcem, w którym uczestniczy wiele rzeczy”[14]. Oczywiście jest to już raczej czyste spekulowanie, bo Bóg, według Tomasza, i w ogóle klasycznej metafizyki, nie może się powiększyć. Inna rzecz jest tutaj istotna – mianowicie to, że Bóg chce swojej istoty i przez to chce wielości rzeczy; że Bóg jednym aktem woli chce siebie i chce stworzeń. Bóg wręcz pożąda innych stworzeń, ze względu na siebie. A pożąda je ze względu na to, że sam jest ich celem – jest ich przyczyną i celem. Spróbujmy sobie to wyobrazić: Bóg tym samym aktem woli chce siebie i chce każdy, poszczególny byt. A potem przełożyć na następujący przykład: tym samym aktem woli Bóg Ojciec kocha Syna Bożego co Syn Boży, albo Duch Święty świnię, która czeka na ogłuszenie i śmierć. Niesamowite. Tomasz pisze też wiele razy, że Bóg pragnie dla każdego bytu wszystkiego, czego on potrzebuje, wedle zasady „ktokolwiek czegoś chce, z konieczności chce wszystkiego, co jest dla tego czegoś konieczne”[15].

Poniższy cytat pięknie streszcza obie myśli o tym, że Bóg kocha jednym aktem woli siebie i stworzenia, i że chce dobra każdego stworzenia : „Wola Boga tak odnosi się do bytów od Niego różnych, (…) że chcąc i kochając swoje istnienie i swoją dobroć, pragnie ją rozprzestrzeniać, na ile to możliwe, przez udzielanie swego podobieństwa (volendo et amando suum esse et suam bonitatem vult eam diffundi, secundum quod possibile est, per similitudinis communicationem). Bóg więc chce, by w rzeczach było podobieństwo do Jego dobroci. Uczestniczenie zaś w podobieństwie do Boga jest dobrem dla każdej rzeczy. Wszelka bowiem inna od Bożej dobroć jest tylko jakimś obrazem pierwszej dobroci. Bóg więc dla każdej rzeczy pragnie dobra (Igitur Deus unicuque rei vult bonum)”. Mowa jest też tutaj o innych kluczowych w teologii stworzenia św. Tomasza pojęciach: o podobieństwie i uczestnictwie. Bóg powołuje byty dlatego, że sam jest bytem w pełni urzeczywistnionym, i udziela podobieństwa do swojego istnienia przez stwarzanie (II, 6). Każdy byt więc uczestniczy w czystej rzeczywistości (actus purus; można przetłumaczyć jako: dzianie się)  sam będąc rzeczywistością „mieszaną”, tzn. istniejącą, ale przygodnie (Bóg jest samym istnieniem, byt jest bytem z racji uczestnictwa). Co to wszystkiego ma wspólnego ze zwierzętami i naszymi relacjami z nimi? Jeśli największe i najbardziej podstawowe podobieństwo między zwierzętami a Bogiem dotyczy samego faktu ich istnienia[16], i jeśli ten fakt jest powodowany dobrocią Bożą i do niej, jako do celu skierowany, to przerwanie tego istnienia, bądź przeszkadzanie w jego rozwoju, w tym wszystkim, co potrzebne jest temu konkretnemu bytowi do istnienia zgodnego ze swoją naturą, nie może być usprawiedliwione, poza przypadkiem skrajnym, kiedy nie mamy wyboru, żeby postąpić inaczej. Dodatkowo, jeśli istnienie każdego bytu uczestniczy w actus purus Boga, a więc istnieje jakoś w (znowu podkreślam to „w”) Bogu to przerywając to istnienie działa się niemal bezpośrednio przeciwko Bogu. To tak, jakby Kangurzycy zabić małego Kangurka w jej torbie. Nie działamy tylko wtedy przeciwko maleństwu, ale i jego matce. Tak zabijając Boże stworzenie zabijamy je, ale także działamy przeciwko jego Rodzicowi – Stworzycielowi. Przeciwko Temu, który „troszczy się o zachowanie rzeczy jednostkowych w bycie, (…) troszczy się o wszystko, co im się przydarza”[17]

Jest jeszcze jeden bardzo ciekawy argument za poszanowaniem życia zwierząt. Wynika on ze stosunku Boga do różnorodności stworzeń, które powołał On do istnienia, a który to stosunek jest bardzo pozytywny. „Nie byłoby więc we wszechświecie doskonałego podobieństwa do Boga, gdyby istniał tylko jeden stopień wszystkich bytów [jaki to anty-antropocentryczny fragment!]. Różnice wśród rzeczy stworzonych istnieją zatem dlatego, że rzeczy doskonalej osiągają podobieństwo do Boga przez wielość niż przez jedyność”[18]. Ileż to razy słyszymy w Kościele o podobieństwie do Boga! Ale zawsze chodzi o człowieka. A według Tomasza doskonałe (!) podobieństwo zawiera się w całym porządku stworzenia. I tak, świat jest mniej podobny do Boga jeśli istnieje mniej gatunków (na marginesie, problem zanikania bioróżnorodności jest dziś ogromnym wyzwaniem), podobnie wtedy, kiedy likwidujemy pojedyncze byty składające się na te gatunki. Kolejny raz więc prawda metafizyczna, dotycząca stworzenia może mieć, i myślę, że powinna, daleko idące skutki praktyczne.

Jeszcze jedno. Muszka owocówka pragnie jako ostatecznego celu swoje upodobnienie się do Boga. Radykalne? To święty Tomasz. Tylko zastąpiłem wyrażenie „wszystkie rzeczy” konkretną „rzeczą” – muszką owocówką. Oddajmy więc głos Tomaszowi: „Rzeczy stworzone, przez to, że nabywają Bożej dobroci, stają się podobne do Boga. Jeśli więc wszystkie rzeczy dążą jako do ostatecznego celu do Boga, by nabyć Jego dobroci, to wynika stąd, że ostatecznym celem rzeczy jest upodobnienie się do Boga (…) Wszystkie rzeczy zatem mają osiągnąć jako cel ostateczny boskie podobieństwo[19]. Widzimy, jak łagodnieje obraz Tomasza, który niektórzy forsują: Tomasza, który odmawia wartości zwierzętom dlatego, że są nierozumne. Nawet takie byty mogą pożądać Boga! W innym miejscu Tomasz pisze wprost: „także byty, którym brak poznania, mogą działać dla celu, pożądać dobra pożądaniem naturalnym i pożądać podobieństwa do Boga oraz własnej doskonałości”[20]. W innym swoim dziele święty Tomasz nawet przyznaje, że zwierzęta nierozumne mogą kochać Boga![21]

Wszystkie te argumenty ukazują bardzo silną troskę Boga o każdy byt. Jest to troska konkretna, dotyczy poszczególnego bytu, a także wszystkiego co jest mu potrzebne, i jest o tyle istotna, że bez niej nie ma dobra całości, które jako porządek, jest celem wszechświata. Nie muszę chyba mówić, jak to wpływa na teologię zwierząt, jak wielki potencjał ma chrześcijańska teologia stworzenia, tutaj w wyśmienitym wydaniu Doktora Anielskiego.

Kończąc jeszcze te rozważania warto wspomnieć o pojęciu hierarchii u świętego Tomasza. Jest to hierarchia dobroci, która polega na tym, że wyższy byt ma udzielać dobra bytowi niższemu[22] – w ten sposób staje się wręcz jego przyczyną. Stworzenia zaś rozumne, czyli my ludzie, są bezpośrednimi narzędziami Opatrzności Bożej, która stwarza i podtrzymuje wszystkie byty. Ludzie więc „uczestniczą pełniej w dobroci Bożej, po to, by byli wykonawcami rządów Bożych”[23].

Św. Tomasz jednak mimo wszystko nie może być nazwany pierwszym pionierem praw zwierząt. Pisał on także, że możemy je zabijać dla pożywienia, ponieważ służą naszemu rozwojowi, w tym podtrzymaniu ciała. Wydaje mi się jednak, że jego argumenty za możliwością zabijania zwierząt są zdecydowanie mniejszego kalibru niż te powyższe; był on po prostu człowiekiem swojego czasu, który nie był obdarzony taką empatią, jaką my przejawiamy dzisiaj. Rozwój wrażliwości i empatii, dokonuje się w toku dziejów, choć niestety nie widać tego po naszych dzisiejszych wyborach konsumenckich. Dodatkowo, Tomasz miał wiedzę swojego czasu, o biologii i psychologii zwierząt, także na temat diety, a mięso uważano wtedy za coś, po prostu, zdrowego i wzmacniającego człowieka. Dziś wiemy wiemy bez porównania więcej, także wiemy to, że bez problemu można żyć na diecie wegeteriańskiej, a nawet wegańskiej[24]. Zachęcając do jedzenia mięsa zwracał się też zapewne przeciwko niektórym sektom, wśród których prowadzony był wegetariański styl życia. Możemy więc powiedzieć, że jego myśl teologiczna nie do końca była w odniesieniu do zwierząt konsekwentna.

 

  1. Próba współczesna: Andrew Linzey i jego Teologia zwierząt

             Andrew Linzey (ur. 1952) jest anglikańskim teologiem, profesorem Uniwersytetu Oksfordzkiego. Jest jedynym z niewielu teologów w historii, którzy zajęli się konkretnie teologią zwierząt, i mimo że nie jest myślicielem pokroju takich teologów jak Hans Urs von Balthasar czy Karl Rahner, to jednak jego myśl jest bardzo ważna i przełomowa. Napisał kilka książek na temat praw zwierząt i teologii zwierząt. Jedna pozycja – „Animal Theology”, została przetłumaczona na język polski. Jego myśl jest mocno chrystologiczna[25]. Uważa, że Chrystus jest wzorem postępowania wobec tych najsłabszych, a postępowanie Boga, którym kieruje tzw. paradygmat hojności (generosity paradigm) powinno być także wzorem postępowaniem ludzi wobec zwierząt. Etyka hojności jest bardzo ciekawym podejściem. Linzey akcentuje pojęcie hojności wielokrotnie, po to, by przezwyciężyć język praw, który według niego jest niewystarczający; zwierzęta nie tylko mają jakieś prawa do niekrzywdzenia ich i uszanowania ich życia, ale jako istoty słabsze od nas, wzywają nas do tego, byśmy się im poświęcili, tak jak Chrystus poświęcił się dla słabych ludzi, grzeszników, ale też i całego stworzenia. Linzey zaznacza parokrotnie, że Chrystus przyjął nie tylko naturę ludzką, ale jego ousia [substancja] ogarnęła naturę wszystkich bytów. Myśl ta wydaje się słuszna, aczkolwiek warta doprecyzowania.

            Bardzo dużo w swojej książce Linzey pisze o unikatowości człowieka. Unikatowość ta polega na służebności ludzi, poświęcaniu się na wzór Chrystusa. Chodzi tu o to, by „współpracować z Bogiem w leczeniu i wyzwalaniu tego, co stworzone”[26] Jest to spojrzenie głęboko chrześcijańskie, przy którym tradycyjne pojmowanie unikatowości człowieka powodowanej przez jego rozumność wygląda bardzo mizernie. Ludzie, według Linzeya, to gatunek służący, gatunek, który z miłosierdziem powinien spoglądać na stworzenie, w którym jest tyle cierpienia, stworzenia – w którym cierpi sam Bóg. Lecz „nie jesteśmy powołani do tego, by ledwie przypatrywać się cierpiącemu światu, lecz do tego, by być czynnymi współpracownikami Boga w Duchu Świętym w dziele odkupienia”[27].

            Teologia zwierząt Andrew Linzeya ma na celu obronę tych zwierząt. Nie zajmuje się takimi sprawami jak zdolnościami percepcyjnymi zwierząt, ich losem pośmiertnym, statusem ontologicznym. Linzey zauważa po prostu cierpienie słabszych od nas istot, które czekają aż przyjdziemy my im z pomocą. Relacja człowieka do zwierząt polega dziś na zniewoleniu ich, pisze: „używam słowa „zniewalać” w znaczeniu, które proponuje Słownik Oksfordzki:przytłaczać większą wagą, liczbą, lub nieodpartą siłą (…) rządzić w sposób tyrański, powstrzymywać przymusem, poddawać nieustannemu okrucieństwu czy niesprawiedliwości”. Twierdzę, że to właśnie czynimy zwierzętom, gdyż polujemy na nie, ujeżdżamy, strzelamy, łowimy, nosimy na sobie, jemy, zamykamy w klatkach, łapiemy w pułapki, wystawiamy, hodujemy na masową skalę i eksperymentujemy na nich – na miliardach zwierząt każdego roku. Ci, którzy chcieliby zaprzeczyć, że takie traktowanie jest zniewoleniem, musieliby zaprzeczyć, że nasze traktowanie zwierząt jest w ogóle kwestią moralną”[28].

 

            Zakończenie

             Teologia zwierząt jest dzisiaj potrzebna. Po to, żeby dowartościować Boże stworzenie; po to, żeby przerwać hańbę, jaką jest niszczenie ich przez człowieka. Po to, żeby uszanować Boga, którego czcimy formułkami i okrągłymi pięknymi frazesami równocześnie niszcząc to, co najbardziej bezbronne, a co jest, tak ja my, Bożym, kochanym przez Niego, stworzeniem. Teologia zwierząt jednak bardziej niż o cierpieniu powinna mówić o chwale Stworzenia, chwale, jaką odbija ono od swojego Stworzyciela, czerpiąc z Jego nieskończenie hojnej ręki. Ręki, która podtrzymuje całe stworzenie, i każde z osobna.

[1]Oczywiście nie uważam, że wszystkie „inne światy” szanują godność zwierzęcia, w przeciwieństwie do zachodniegp, chrześcijańskiego, a raczej postchrześcijańskiego.

[2]Wystarczy wspomnieć twórcę kluczowego dla tego tematu dzieła – Wyzwolenia zwierząt, Petera Singera, który niestety opowiadając się za prawami zwierząt, miał skrajnie liberalne stanowisko dotyczące życia nienarodzonych dzieci.

[3](…)  ludzka egzystencja opiera się na trzech podstawowych relacjach ściśle ze sobą związanych: na relacji z Bogiem, z innymi ludźmi i z ziemią (LS 66). Tutaj papież mówi o relacji z ziemią, ale w tym samym punkcie zaznacza następnie, że chodzi o każde stworzenie. W kończącej zaś encyklikę modlitwie Franciszek zwraca się do Jezusa tymi słowami: Dziś żyjesz w każdym stworzeniu w Twojej chwale Zmartwychwstałego.

[4]Nie wydaje się to rozumieniem na wyrost, jeśli Bóg, gdziekolwiek jest, jest cały, ponieważ przez swą niezłożoną moc dosięga wszystkiego (III,68).

[5]Podobnie jak człowiek zakochany, Franciszek za każdym razem, kiedy spoglądał na słońce, księżyc czy najmniejsze zwierzęta, reagował śpiewem, włączając w swoje uwielbienie wszystkie stworzenia (…) Jeśli zbliżamy się do przyrody i środowiska bez tego otwarcia na zadziwienie i podziw, jeśli nie mówimy już językiem braterstwa i piękna w naszej relacji ze światem, to nasze postawy będą postawami władcy, konsumenta lub jedynie wyzyskującego zasoby naturalne, niezdolnego do postawienia ograniczeń swoim doraźnym interesom. (LS 11)

[6]   Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał, Rdz 2,15

[7](…) racją, dla której Bóg chce, by istniały rzeczy inne od Niego, i dla której swoją wolą powołał rzeczy do istnienia, jest dobroć Boga. A zatem miłość, którą kocha swoją dobroć, jest przyczyną stworzenia rzeczy (…) boska miłość nie pozwoliła Bogu być bezowocnym. (…) Duch Święty pochodzi drogą miłości, którą Bóg miłuje sam siebie. A zatem Duch Święty jest zasadą stworzenia rzeczy. Św. Tomasz z Akwinu, Summa contra gentiles, IV, 20.

[8]Św. Ireneusz, Adversus haereses, t. 1, 28,3.

[9]Św. Atanazy, Ad Seraphionem, 1.31.

[10]Albert Schweitzer, w: AAC, s. 19.

[11]Z rozporządzenia Bożego należy zachować życi zwierząt i roślin nie ze względu na nie, ale dla dobra ludzi. Dlatego św. Augustyn powiedział: „(…) zarówno życie, jak i śmierć tych istot ma służyć naszemu pożytkowi”

Zwierzęta i rośliny nie mają duszy rozumnej, która by nimi kierowała, lecz kieruje nimi naturalny instynkt, pochodzący od okogoś innego. Jest to znakiem ich służebnej wartości, jaką mają z natury na pożytek innych jestestw.

[12]Według klasycznej definicji stworzenia według świętego Tomasza jest ono zależnością stworzonego istnienia od zasady, która je stanowi (Summa contra gentiles I,18)

[13]Bóg, chcąc swej dobroci, chce istnienia innych od siebie rzeczy, aby uczestniczył w Jego dobroci. Skoro zaś dobroć Boża jest nieskończona, można w niej uczestniczyć nieskończoną liczbą sposobów, Tamże  I, 81

[14]Tamże I, 75,

[15]Tamże, I, 83.

[16]Wszelki przecież byt, w tej mierze, w jakiej istnieje, jest do Niego podobny (II,22)

[17]III, 75.

[18]Tamże, II,45.

[19]III, 19.

[20]III, 24

[21]Umiłowanie Boga ponad wszystko może być rozumiane dwojako. Po pierwsze tak, że dobro boskie jest zasadą i celem całego bytowania naturalnego. W ten sposób miłują Boga ponad wszystko nie tylko natury rozumne, lecz także nierozumne zwierzęta, a nawet byty nieożywione, o ile tylko są zdolne do miłowania [na miarę swojej natury], De occultis operationibus naturae, w: Tomasz z Akwinu. Wybór pism, przekł. Adam Rosłan, Wydawnictwo WAM, Kraków 2009

[22] (…) bytami niższymi rządzi Bóg przez wyższe, III, 83.

[23]III, 77.

[24]Amerykańska Akademia Żywienia i Dietetyki (największe zrzeszenie dietetyków na świecie) głosi, że dieta wegańska jest właściwa dla każdego, pod warunkiem właściwego zbilansowania.

[25]Twierdzę, że panowanie ludzi nad zwierzętami powinno wzorować się na przekazanej nam przez Chrystusa koncepcji panowania widocznego w służeniu, Andrew Linzey, Teologia zwierząt, Wydawnictwo WAM, Kraków 2010.

[26]Tamże, s. 84.

[27]Tamże, s. 101.

[28]Tamże, ss. 126-127.

  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •