Wielemir Chlebnikow. Polowanie

Gdy zając wybiegł na polanę, ujrzał stare znajome krzaki, nieznaną białą zaspę wśród nich
i zagadkowy czarny kij, wysunięty z zaspy. Zając podniósł łapkę i nadstawił uch. Nagle spoza zaspy błysnęły oczy, to nie były oczy zajęcze, kiedy wielkim gwiazdami przerażenia wschodzą nad śniegiem. Czyje więc – ludzkie? A może przyszły tutaj z krainy Wielkich Zajęcy, gdzie zające polują na ludzi, a ludzie z lękiem po nocach wychodzą ze swoich nor, wywołując strzały nieubłaganych strzelców, przedzierają się do warzywników, aby ogryźć gałązkę osiny albo główkę kapusty?
Tak pomyślał zając – to On, Wielki Zając przybył, aby uwolnić swoich krewniaków od obraźliwego jarzma człowieka. No, cóż, wypełnia święte nakazy naszej krainy.
Zając okrył skokami całą śnieżną polanę, to wytwornie koziołkując w powietrzu, to wysoko wyciągając nogi. W tej chwili czarny kij poruszył się. Zaspa podniosła się i zrobiła krok naprzód. Straszliwe niebieskie oczy błysnęły nad śniegiem.
- Ach – pomyślał zając – to nie wielki wyzwoliciel, to człowiek.
Strach skuł jego ciało. Siedział i drżał cały, dopóki strzał – bryzgając krwią, nie podrzucił jego ciała wysoko w górę.

Z: Wielemir Chlebnikow Włamanie do wszechświata: Poezja i proza.  tłum. Anna Kamieńska i Jan Śpiewak. Wydawnictwo Literackie, 1972

 


Stanisław Grochowiak. Polowanie na cietrzewie

...O trzeciej nad ranem obudził mnie Leśniczy. Był zgoła

W koszulce męskiej — do pępka. Widziałem więc jego

Brunatne przyrodzenie z leciutkim nalotem siwizny.

— Do Galopu! — wołał. — Wrzątek kotłuje się w garnkach,

Baby po chałupach rozniecają ognie,

Mróz — jak Piorun Jasny — Prześwietlił powietrze,

A pan mi tu chrapiesz w Stodole Pierzyny.

Zlękniony

Wskoczyłem w gacie —

I za siekiereczkę!

Dzyń, dzyń! — zatupotałem po okowach lodu,

Który ściął wodę w szczerbatej miednicy.

 

W tym czasie Leśniczy pieklił się przy ogniu:

Sadzał jaja na tłuszcze, ćwiartował kiełbasę,

Złotym zapachem cebuli obrócił mi język z wierzchu na nice.

— Lej pan gorzałkę!

— Do szklanic?

— Do gardła!

— Liter wystarczy?

— Jak dla pana, basta. A teraz daj flachę!

 

I przechylił. I nagle

Stała się wielka Bożonarodzeniowa Jasność,

Kiedy On pił.

 

To chyba wtedy Proboszcz — zaspany jeszcze — oblekał się w komeżkę,

Kiedy On pił.

To chyba wtedy samotny bocian prostował złamane skrzydło,

Kiedy On pił.

To chyba wtedy Karpie — w zamarzniętym stawie — rozpuszczały włosy,

Kiedy On pił.

 

Ale już Wiara Strzelcy domagają się u okien:

Ten w lisiej czapie,

Tamten spod Kozienic,

I ów — co uwiódł młódkę, a ojce go zdybali.

Ach, przaśne, męskie, stupudowe przekleństwa

Katulały się po śniegu jak młode niedźwiadki;

Nawet Leśniczy

Z wódką się zacukał

I przez chwilę chciał czmychnąć do panieńskiego alkierza.

 

Ale bogać tam! — Jazda! Wraz łapiemy za rury,

Szleje torb myśliwskich wiążemy przez barki —

I w Mróz!

 

Noc była. Za tą wielką nocą

Pola leżały białe, lecz tak trochę sine,

Jakby je śmierć ścięła. U zarannej gwiazdy

Wisiał sopel ciszy. Tylko pod obcasem

Śmigały żwawe, srebrnoskrzydłe świerszcze.

Wiater szedł nad polem

Niziutko — zwyczajem psa, co skwapliwie węszy.

Tak i my potulni:

 

Ten w lisiej czapie postękiwał ciężko;

Widać go Zmora we śnie dopadła, a puścić nie raczy.

 

Tamten spod Kozienic wojował ze czkawką;

Hyp! — i hyp! — Lekarz od dawna odmówił mu zdrowia.

 

Ów, co uwiódł młódkę, próbował coś nucić,

Lecz jak się pośliznął, tak w niemotę popadł.

 

Ba, nawet sam Leśniczy nastroszył się szronem

I choć ziąb okrutny, on pary z gęby nie puścił.

 

Noc była. Gdzieś w pobliskim lesie

Mróz kropnął salwą z gwintowanej sosny,

Aże dech zaparło. Potem znowu głucho.

Jeno od sadyb, od ich białej sieni

Szło coraz słodsze, rozmarzone mlaskanie:

To bracia Dziki ucztowali w kartoflach,

Które chłód zimowy ucukrza i marcypani.

 

I właśnie wtedy —

Znienacka —

Ku grozie naszych rur posenniałych —

Wyszły nam naprzeciw

Szlachetne, Ciepłokrwiste, Dziewczęce Cietrzewie.

 

— Bigosować, Bracia! Bij, kto w Boga wierzy! —

Tak Leśniczy wrzasnął, aż mu złote żyłki (co starość zwiastują)

W oczach popękały. A tamci już za Nim:

 

Proch za prochem, śrut za śrutem, i granulek garścią

Prosto w te miłe, ogniskiem pachnące, Zwierzęta.

 

 

Pamiętam błogosławioną zawieję krwi,

Która obmywała mi czoło i słonymi pocałunkami pieściła me wargi.

Pamiętam macierzyńską ulewę piór,

Które osuwały się wzdłuż moich ramion jak krople stężałego miodu.

Pamiętam dziecięcy, ale jakże wdzięczny śpiew Cietrzewi,

Który zgiął mi kolana i nad głową rozpiął namioty Kościoła.

 

Klęcząc wrzucałem do myśliwskiej torby

Drżące pod opuszkami palców — dojrzałe Owoce życia.

 

...Dobrze przed zmierzchem obudził mnie Leśniczy. Na niebie

Stała chmura podobna do wątroby. To właśnie z niej

Śnieg ostatni uchodził, zastygający w drzewach.

W izbie było ciepło,

Leśniczy we flaneli,

Zegar wyrzucał kukułkę jak matka dziecko na dwór.

Ten w lisiej czapie

Spał na gołej ławie,

Tylko ręką bezwładną coś pisał w powietrzu;

Tamten spod Kozienic

Osypał się wzdłuż ściany,

Kucnął, pięścią podparł

Łeb mroczny jak puszcza;

Ów, co młódkę uwiódł, oblizywał się we śnie,

Pocałunki tak zgarniał czy posmak bigosu?...

— A chyżo! — rzekł Leśniczy — już na nieszpór dzwonią,

A pan gliwiejesz! Do kroćset, naturę

Masz pan ponoć poetyczną. Tymczasem mnie Starego

Sam na chandrę wystawiasz z tym pokotem ptactwa.

Filozofii jam głodny.

Wstałem —

 

I tak już od rana,

Skubiąc zdechłe cietrzewie, wiedliśmy rozprawę

O śmierci niechybnej.

 

Styczeń 1971

 

Z: Stanisław Grochowiak. Polowanie na cietrzewie. Bilard. Czytelnik 1975

https://pl.wikisource.org/wiki/Polowanie_na_cietrzewie_(Grochowiak,_1978)


Kornelius Platelis. Rozpoczęcie sezonu łowieckiego

Śnieg pokrywa puszczę. W gąszczu
Czuć ciężki oddech skaczących przez zaspy.
Naganiacze starannie rozcinają
Mroźne powietrze, wraz z dźwiękiem
Ulatuje z nich lekką parą samogon.
Po chwili sypią się strzały,
Kraczą wrony pod lasem.
Pierwsza krew
Barwi sierść i ręce,
Szpitalne prześcieradła,
Biały obrus stypy...

Niebieski dym ogniska wzbija się w szare niebo.
Żałobny obiad myśliwski: wędzone mięso,
Ciepło w gardle, rozmowy o interesach.
Nadchodzi zamieć.
Wiatr pędzi przed sobą rój białych muszek,
Przysiadają na gałęziach.
Oni pakują rzeczy i szybko wracają do przaśnego
Życia, gdzie wiatr czasu
Rozwiewa dusze myśliwych,
A świat je przytłacza
Całym ciężarem ustalonego porządku.

z litewskiego tłum. Zuzanna Mrozikowa


Zbigniew Herbert. Niedźwiedzie 

Niedźwiedzie dzielą się na brunatne i białe oraz łapy, głowę i tułów. Mordy mają dobre, a

oczka małe. One lubią bardzo łakomstwo. Do szkoły nie chcą chodzić, ale spać w lesie to

proszę bardzo. Jak mają mało miodu, to łapią się rękami za głowę i są takie smutne, takie

smutne, że nie wiem. Dzieci, które kochają Kubusia Puchatka, dałyby im wszystko, ale po

lesie chodzi myśliwy i celuje z fuzji między te dwa małe oczka.

 

Z: Zbigniew Herbert, Bajki, oprac. Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5, Kraków 2009


Józef Ratajczak. Sezon polowań

Nienawiść obchodzi stulecia.

Zza pni
wynurza czarne dziury luf.

Narośl na locie ptaka
poderwanego do ołowiu,
niebo w podskoku zająca
rozcięte na pasztet.
Gałązka rogów
wyrąbana z łba
krwawi na ścianie
rozbielonej nocy.

Obok dwururka,
do strzału
złożone oczy.

Józef Ratajczak. Ballada dziadowska, LSW 1973


Federico García Lorca. Myśliwy

Las wysokich pinii!
Cztery gołębie lecą nad nimi!

Lecą, wracają
cztery gołębie.
Już poranione
ich cztery cienie.

Las niskich pinii!
Cztery gołębie leżą pod nimi.

Z: Federico García Lorca. Pieśni, 1927,  tłum. Zofia Szleyen


Eugenio Montale. Głuszec

Gdzie upadasz po szybkim strzale

(twój głos bulgocze, czerwonoczarny

gulasz z nieba i ziemi na wolnym ogniu)

ja także kulę się, płonę w rowie.

Łkanie prosi o pomoc. Rozkoszniej było

żyć niż grzęznąć w tej magmie,

łatwiej rozkładać się na wietrze niż

tu w błocie, zeskorupiali w płomieniu.

W piersi czuję twoją ranę, pod

skrzepem skrzydła, mój ciężki lot

mierzy się z murem i zostanie z nas tylko

kilka piór na oszronionym ostrolistnym dębie.

Bójki drapieżnych dziobów, gody, gniazda jaj

marmurkowych, boskie! Teraz pączek

roślin wieloletnich, jak gąsienica,

migocze w ciemności, Jowisz jest pogrzebany.

 

 Z: Paulina Malicka. W poetyckim zoo Eugenia Montalego, w: Człowiek w relacji do zwierząt, roślin i maszyn w kulturze, t. 2: Od humanizmu do posthumanizmu, red. J. Tymieniecka-Suchanek, Wydawnictwo UŚ, Katowice 2014, s. 114.


Niech Żyją! Kampania o Żywe Ptaki

Celem kampanii jest ustanowienie moratorium na zabijanie 13 gatunków dzikich ptaków, znajdujących się na liście zwierząt łownych. Wystarczy do tego jeden podpis Ministra Środowiska – nie potrzeba nawet zmian ustawowych.

Obecnie w Polsce można polować na 13 różnych gatunków ptaków. Wiele spośród nich to gatunki coraz rzadsze, nawet bez polowania poddawane wielkiej presji człowieka.

petycja znajduje się tu: https://niechzyja.pl/dzialaj/petycja/

 


Thomas Stearns Eliot. Imiona kotów

Imię kota to sprawa, wbrew pozorom, niełatwa,

Toteż w dłoni długopis mi drży,

Gdy mam wskazać, jak bardzo całą kwestię nam gmatwa

Fakt, że kot ma imiona aż TRZY.Czytaj więcej...


Eliot, T.S. Koty. Wydawnictwo Literackie 2005

Wiersze o kotach T.S. Eliota w nowym przekładzie Stanisława Barańczaka.